Explore
 Lists  Reviews  Images  Update feed
Categories
MoviesTV ShowsMusicBooksGamesDVDs/Blu-RayPeopleArt & DesignPlacesWeb TV & PodcastsToys & CollectiblesComic Book SeriesBeautyAnimals   View more categories »
All reviews - Movies (21) - Books (1)

Limitless review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 08:01 (A review of Limitless)

Najnowszy film Neila Burgera, autora "Iluzjonisty", jest niczym więcej, jak praktycznym poradnikiem dla każdego narkomana. Zaprezentowano w nim zalety i niebezpieczeństwa cudownej substancji, szczegółowo wyliczono pułapki i katastrofy, jakie na nieuważnego amatora używki będą czekać, oraz wskazano drogi wyjścia z sytuacji bez wyjścia. Twórcy co prawda, nie chcąc wyjść na osoby nieodpowiedzialne i promujące uzależnienia, opowiadają historię fikcyjnej substancji, ale to słaba zasłona dymna. Zawarte w "Jestem Bogiem" można odnieść i do rzeczywistych "pigułek szczęścia", ale tak jak w przypadku "Jackass" nie jestem pewien, czy widzowie powinni brać przykład z filmowych postaci.

Główny bohater "Jestem Bogiem" to przegrany pisarz, który został z niczym, nawet bez dziewczyny. Nie ma więc nic do stracenia, kiedy dostaje propozycję wypróbowania niepozornej pigułki. Może i jest mała, ale za to efekt daje niewyobrażalny – odblokowuje cały potencjał mózgu człowieka. Za jej sprawą wszystko staje się banalnie proste i oczywiste. Wiedza przychodzi bez wysiłku, możliwości nauki i pamięci zdają się nie mieć granic, a powieść pisze się w cztery dni. Ważne, żeby brać pigułki cały czas, bo efekty odstawienia są mało przyjemne... no, chyba że komuś nie przeszkadza brak pulsu. Trzeba też pamiętać o innych chętnych na zakosztowanie dobrodziejstw magicznej tabletki. Odmowa kosztować będzie życie. Ale geniusz łatwo skóry nie sprzeda. I tak zaczyna się pojedynek mózgowców niczym z "Nieśmiertelnego" – właściciel pigułek może być tylko jeden.

"Jestem Bogiem" przeznaczone jest dla widza, który z jednej strony nie chce specjalnie męczyć się myśleniem na filmie, ale z drugiej strony nie ma też ochoty oglądać typowego "odmóżdżacza". Film Burgera to idealny kompromis. Mamy niezłą intrygę, tempo narracji cały czas jest równe, nie za szybkie, nie za wolne, a aktorzy zagrali na przyzwoitym poziomie. Cieszy to szczególnie w przypadku Roberta De Niro, który ostatnio miał więcej ról chybionych niż trafionych. Bradley Cooper poradził sobie z rolą gwiazdy obrazu.

Jednak największym plusem filmu jest jego strona wizualna. Burger miał kilka trafionych pomysłów, jak ciekawy montaż retrospekcji i świetna sekwencja straconych przez bohatera godzin. Nie są to może pomysły nowatorskie, ale efektowne i w tym przypadku okazały się jak najbardziej na miejscu. Dzięki nim ma się wrażenie oglądania filmu dynamicznego, z ciekawą intrygą, a jednak lekkiego i przystępnego.


0 comments, Reply to this entry

Buried review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 08:00 (A review of Buried)

Od kilku już lat w środowisku kinomanów panuje pogląd, że w kinie wszystkie pomysły zostały wykorzystane i nie powstanie już nic ani oryginalnego, ani zaskakującego. Tymczasem nikomu nie znani Rodrigo Cortés i Chris Sparling wymyślili na pozór prostą historię o człowieku zakopanym żywcem w trumnie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że owa nieskomplikowana opowieść jest w rzeczywistości jednym z najbardziej wciągających i pomysłowych projektów ostatnich lat.

Nadziani amerykańscy producenci nie mieli dotąd albo dość rozumu, albo odwagi, by wyłożyć kasę na film, którego akcja przedstawia wydarzenia tylko z punktu widzenia jednego bohatera i która rozgrywa się wyłącznie w drewnianym pudle o wymiarach dwa na pół metra. Widzieliśmy już podobne wyścigi z czasem, gdzie co chwila przenosimy się nieustannie z Pentagonu, przez ambasady, po lokalne biura CIA oraz słuchamy kolejnych deklaracji, patetycznych przemówień i wniosków, że USA nie negocjuje z terrorystami. Tutaj jest inaczej. Jesteśmy tylko my i Paul Conroy, zamknięci w ciasnej, dusznej trumnie, czekając na nieuchronny koniec tej historii.

Ciężar, jaki zwykle dźwiga cała obsada, tym razem w całości spada na barki Ryana Reynoldsa. To on robi za niemal całą ekipę aktorską i wywiązuje się z zadania całkiem dobrze. Nie da się ukryć, że bliżej mu raczej do "pokerzysty" Keanu Reevesa niż Ala Pacino, lecz w trudnym dla niego, jako aktora, momencie, nie zawodzi.

Siłą tego niskobudżetowego dzieła jest z pewnością fantastyczny, klaustrofobiczny klimat. Kolejne ujęcia kręcone ledwie kilka centymetrów od twarzy Reynoldsa nie pozwalają oprzeć się wrażeniu, że pokój w którym oglądamy film niebezpiecznie się kurczy. Wielkie brawa dla reżysera za to i za mistrzowskie stopniowanie napięcia. Wspólnie z Victorem Reyesem, twórcą muzyki do filmu, w fenomenalny sposób zbudowali mocny thriller, trzymający widza cały czas przed telewizorem. Mimo, że mamy w Pogrzebanym spore pauzy (przecież Reynolds nie może cały czas czegoś mówić), to jednak nerwowe oczekiwanie na rozwój wydarzeń nie pozwala ani na chwilę oderwać oczu od ekranu. Razem z Paulem w milczeniu czekamy na kolejny telefon, na kolejny znak od ludzi, którzy mieli mu pomóc, na krzyki nad sobą i pierwsze uderzenie łopaty w wieko trumny…


0 comments, Reply to this entry

Angel Heart review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 08:00 (A review of Angel Heart)

Dlaczego "Harry Angel" jest arcydziełem? Postaram się dowieść tej, wcale nie tak ryzykownej, tezy. Mistrzowska, misternie skonstruowana i dopracowana w najmniejszym detalu fabuła przedstawia losy podrzędnego prywatnego detektywa (Mickey Rourke), który otrzymuje zadanie odnalezienia niejakiego Johnny'ego Favorite'a - zaginionego śpiewaka jazzowego. Zleceniodawcą jest tajemniczy i demoniczny Louis Cyphre (Robert De Niro). Z początku wszystko jest zagadkowe - postać poszukiwanego, samego Cyphere'a, ale też okoliczności otrzymania zadania i późniejsze zdarzenia, będące następstwem śledztwa Harry'ego.

Niezwykle znacząca i wymowna jest już pierwsza scena filmu. W zamkniętej sekwencji, w której pojawiają się jedynie idący człowiek, pies i kot, reżyser brawurowo zarysowuje główny temat filmu. Będzie nim droga, u kresu której bohater pozna mroczną, skrywaną prawdę o sobie. Istotna jest również poetyka filmu - Alan Parker sugestywnie buduje mroczny klimat miasta, posługuje się niskim kluczem oświetlenia oraz korzysta z bogatej spuścizny po kinie czarnym. Pojawia się postać detektywa, jego postawa i metody działania nie są wcale lepsze od poszukiwanych przez niego osób. Nie budzi on sympatii - jest nieogolony, nielubiany przez pojawiających się na jego drodze bohaterów i samotny. Poza miastem nosi ciemne okulary, jakby nie mógł znieść jasnego światła słońca. W wielu scenach jego twarz przedstawiona zostaje "fifty - fifty", czyli w połowie oświetlona, w połowie zacieniowana - wszystko to od początku budzi w widzu uzasadnione podejrzenia, co do moralności bohatera. Inne nawiązujące do kina noir elementy to wszechogarniający pesymizm, fatalizm ludzkich losów (napotkane przez detektywa postaci giną w podejrzanych okolicznościach), pojawiający się natrętnie motyw wiatraków w zamkniętych pomieszczeniach (który zostaje wygrany do samego końca - wraz z nimi uruchamia się i kończy tragiczny dla bohatera splot zdarzeń) czy padające przez żaluzje skromne światło. Z tej perspektywy można traktować utwór twórcy "Ptaśka" jako brawurowe odświeżenie motywów trochę zapomnianego i zużytego czarnego kryminału.

"Harry Angel" ma jednak do zaoferowania wiele, wiele więcej. W oczywisty sposób jest horrorem. Nawiązuje do popularnego nurtu satanistycznego, który mistrzowsko wykorzystał Roman Polański w "Dziecku Rosemary" czy William Friedkin w "Egzorcyście". U Parkera dodatkowo pojawia się mroczna okultystyczna sekta voodoo. Wzmacnia ona mroczny charakter filmu i jest źródłem napastliwego strachu. W takich właśnie nieciekawych warunkach przyszło bohaterowi prowadzić śledztwo. Często powraca motyw schodów, po których wchodzi bohater. Jednak nie wnosi się przez to na wyższy poziom, nie zbliża do nieba - motyw ten zostaje odwrócony. Gdy Harry wspina się po schodach, zawsze czeka go coś złego, właściwie wchodząc "schodzi" do piekła. Podkreśla to jego rozdarcie między dwoma światami. Jednak, podobnie jak w kinie czarnym, nie ma już dla niego ratunku.

Alan Parker wzmocnił wymowę filmu, celnie dobierając odtwórców ról. Na pierwszym planie jest oczywiście Mickey Rourke, który podobnie jak w innych swych filmach, choćby "Ćmie barowej" czy "Sin City" nie gra, lecz jest bohaterem. Mistrzowsko oddaje jego desperację, niepewność, rozdarcie, determinację i przerażenie. Jest wymięty, doskonale wpasowujący się w brud miasta i brutalny, zarówno w dobieraniu słów, jak i czynach. Rourke stworzył tu jedną ze swych najznakomitszych kreacji, kolejny raz potwierdzając sów nieprzeciętny talent. Na drugim planie błyszczy osobowość De Niro - aktorskiego kameleona, który tym razem chowa się za imponującą brodą, długimi i starannie przystrzyżonymi paznokciami i lodowatym, nielubiącym sprzeciwu spojrzeniem. Miał też swój wkład w niewątpliwie kultową i najbardziej zapadającą w pamięć scenę filmu - jedzenia jajka. Ciarki na całym ciele murowane. Warto też zaznaczyć, że na ekranie pojawiają się dwie śliczne i utalentowane aktorki - dojrzała i pełna klasy Charlotte Rampling (znana z pamiętnej roli w "Nocnym portierze") oraz zjawiskowa Lisa Bonet. Cała obsada bez wątpliwości pomaga reżyserowi w wyrażeniu jego wizji filmu oraz tworzy zapadające w pamięć, brawurowe kreacje.

"Harry Angel" silnie oddziałuje na widza, trudno go zapomnieć, robi ogromne wrażenie. Reżyser zrealizował go z wielką znajomością horroru, ale też historii kina. Każda rzecz pojawiająca się w kadrze ma kolosalne znaczenie, dlatego trzeba film śledzić bardzo uważnie. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby sięgnąć po niego ponownie - za drugim razem będziemy go oglądać pod zupełnie innym kątem, za trzecim cieszyć się sugestywnym klimatem, za czwartym wyłapywać kolejne ukryte smaczki. Dla mnie osobiście jest to film kultowy, od niego zaczęła się moja przygoda z filmowym horrorem. Polecam każdemu!


0 comments, Reply to this entry

The Skeleton Key review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:59 (A review of The Skeleton Key)

Ponad dziesięć lat temu zarywałem noce ślęcząc nad grą zatytułowaną "Gabriel Knight: The Sins of the Fathers". Osadzona w Nowym Orleanie przygodówka, w której nie zabrakło odwołań do voodoo, czarnej magii i mrocznych rytuałów wciągnęła mnie do tego stopnia, że już po jej skończeniu powracałem do przygód Gabriela Knighta jeszcze kilkakrotnie.
Nic więc dziwnego, że kiedy dowiedziałem się, iż Ehren Kruger - autor udanej, amerykańskiej adaptacji głośnego japońskiego horroru "The Ring - Krąg" oraz Iain Softley - twórca niepowtarzalnego "K-Pax" planują realizację filmu grozy osadzonego w nowoorleańskich realiach z niecierpliwością zacząłem oczekiwać na jego premierę. I nie zawiodłem się. "Klucz do koszmaru", aczkolwiek nie wolny od schematycznych i naciąganych rozwiązań, to jedna z lepszych letnich produkcji tego roku.

Bohaterką opowieści jest młoda pielęgniarka Caroline, która za wysokim wynagrodzeniem decyduje się zamieszkać w ponurym domu położonym na mokradłach w okolicy Nowego Orleanu i zaopiekować się umierającym, całkowicie sparaliżowanym po wylewie mężczyzną. Bardzo szybko dziewczyna odkrywa, że gospodyni posiadłości i żona chorego - Violet Devereaux, coś przed nią ukrywa. Wiedziona ciekawością Caroline odkrywa w końcu tajemniczy pokój na strychu pełen ksiąg z tajemniczymi zaklęciami i magicznych instrumentów. Wszystko wskazuje na to, że jej podopieczny nie jest ofiarą nieszczęśliwej choroby, ale czarnej magii...

Obiektywnie rzecz biorąc "Klucz do koszmaru" to jedna z najbardziej schematycznych produkcji, jakie dane mi było oglądać. Nie znajdziemy w tym filmie niczego, czego już byśmy nie widzieli. Jest stary dom, duchy, czarna magia, sekretny pokój, zatrzaskujące się nagle drzwi i burza z piorunami za oknem. Ponadto główna bohaterka, co Wes Craven wyśmiał w swoim "Krzyku 3", wbrew zdrowemu rozsądkowi z uporem maniaka pcha się w kłopoty i nigdy nie przychodzi jej do głowy by całą sprawą zainteresować policję.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że historia opowiedziana jest w taki sposób, że praktycznie nie dostrzegamy tych braków i niedoróbek. Film trzyma w napięciu, a dzięki solidnemu aktorstwu (o którym za chwilę) oraz ciekawemu otoczeniu sprawia, że autentycznie zaczyna zależeć nam na bohaterach.

Brawa należą się aktorom. Kate Hudson, która po roli w niezłym "U progu sławy" skoncentrowała się na romantycznych komediach, przypomniała sobie, że jednak potrafi grać i stworzyła wiarygodną kreację odważnej pielęgniarki. Równie dobrze wypadli Peter Saarsgard i John Hurt, choć ten ostatni - z racji, iż jego bohater został sparaliżowany - musiał ograniczać się jedynie do gry twarzą i ciałem.
Jednakże największą gwiazdą "Klucza do koszmaru" okazała się Gena Rowlands, pamiętna odtwórczyni tytułowej roli w dramacie "Gloria" Johna Cassavetesa z 1980 roku. Kreacja Violet Deveraux, która stworzyła, należy do największych atutów horroru.

Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o muzyce ilustrującej film. Z racji miejsca akcji na ścieżce dźwiękowej znalazło się wiele kompozycji bluesowych, w tym doskonała przeróbka standardu "Death Letter" Johnny Farmera, "Come on in my kitchen" Roberta Johnsona, legendarnego czarnoskórego piosenkarza, który ponoć sprzedał diabłu swoją dusze, za to by zostać najlepszym muzykiem bluesowym swoich czasów oraz "God moves on the water" Blind Willie Johnsona. Dla starego bluesmana, jakim jest niżej podpisany, taki soundtrack to prawdziwa gratka.

Jeśli lubicie się bać "Klucz do koszmaru" nie powinien was rozczarować. Ze sprawdzonych wątków i rozwiązań Softley i Kruger uszyli zgrabną i trzymającą w napięciu historię, która zapewni wam 104 minuty godziwej rozrywki.


0 comments, Reply to this entry

Control review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:58 (A review of Control)

Biografie legendarnych muzyków to istne samograje - muzyka, choroby, seks, narkotyki, alkohol i powrót do formy, czyli życiowa sinusoida w pełnej krasie. W tego typu gatunek można "wcisnąć" i ostre sceny odjazdów po różnorakich używkach i egzystencjalną pustkę nadwrażliwej jednostki. Proporcje, wydawałoby się, idealne dla publiki, fanów i krytyki. "Control" Antona Corbijna to jednak przykład na to, że bez reżyserskiej charyzmy w kinie "samograjów" nie ma i nawet atrakcyjny temat może zostać rozmieniony na drobne.

Ian Curtis, lider grupy Joy Division, jak większość wybitnych muzyków popularność zdobył tak młodo jak młodo odszedł. Samobójcza śmierć z miejsca otoczyła kultem jego twórczość, a on sam stał się legendą. Wpływ Joy Division na rozwój muzyki rockowej był (i jest) nieprzeceniony - na wskroś pesymistyczne teksty piosenek, obrazujące wewnętrzne rozdarcie człowieka, absurd dokonywanych wyborów i marność doczesności były tematami dość nietypowymi, a w połączeniu z genialną formą i hipnotycznym głosem wokalisty, dawał innowacyjną mieszankę słów i dźwięków, od której nie sposób było się oderwać.

Zestawiając bogactwo tych tekstów z większością monologów i scen z udziałem głównego bohatera odczuć można wielki zawód. Sceny te sprowadzają się (dosłownie lub w kontekstach) do nieszczęśliwego małżeństwa i miłości do innej kobiety; ewentualnie oscylując wokół przytłaczających oczekiwań ze strony publiki i producentów. Jakkolwiek by te kwestie odczytywać, nie są to rozterki egzystencjalne spowodowane niemożnością odnalezienia swojego miejsca w świecie, a konsekwencje wcześniejszych decyzji. Ta nieudolna próba oddania depresji i zniechęcenia otaczającym światem ciągnie się i ciągnie, nie dając w zamian żadnego satysfakcjonującego rozwinięcia. Role aktorów są bardzo dobre, powściągliwe i przemyślane (Sam Riley dodatkowo ma świetny głos), ale na drodze, co rusz staje nieszczęsny scenariusz.

Zamiast ożywionej legendy powstała standardowa biografia próbująca ukryć się za szafarzem filmu niezależnego. Bo w sumie "Control" mógłby być zrealizowany przez wielkie studio, za wielkie pieniądze z równie wielkimi ambicjami i spektakularną porażką artystyczną, bo symultanicznie do półproduktów z Hollywood brak mu jakiejkolwiek indywidualności (mając za muzę taką postać!) - okrywa go scenariuszowa apatia i reżyserska impotencja.

Nawet sporadyczne głosy z offu Iana, jego małżonki lub kolegów z zespołu to błahe i jednoznaczne komentarze do danej sytuacji nijak niezgłębiające żadnej z tych postaci. Muzyka obroni się sama, lecz poza nią pozostanie bezgraniczna pustka, bo wszystko, co twórcy tego filmu mieli do powiedzenia o liderze Joy Division, zawiera się w tytule. Ian Curtis wskutek stresu, niezadowolenia i wyczerpania traci kontrolę nad związkiem z kobietą, własną karierą i życiem. I jeśli na papierze można próbować odczytać to jako porażkę wybitnej jednostki, potrafiącej zgłębiać naturę człowieka, a przegrywającej z prozą codzienności, to na ekranie widać tylko potraktowane po łebkach składowe, wyczytane z książki Deborah Curtis. Ot, cała wnikliwość.


0 comments, Reply to this entry

The Devil Inside review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:57 (A review of The Devil Inside)

Horrory o diabłach, demonach i egzorcyzmach chyba nigdy nie kojarzyły się z wysokim poziomem artystycznym. Można jednak było spodziewać się przynajmniej kilku mrożących krew w żyłach momentów, które nie pozwalały widzom usiedzieć spokojnie. Niestety, egzorcyzmy wyraźnie się zdewaluowały i stały się idealnym środkiem nasennym.

"Demony" to kolejny film z tak zwanego nurtu found footage. Tym razem oglądamy zdjęcia nakręcone przez dokumentalistę, który towarzyszy młodej kobiecie w podróży do Rzymu i Watykanu. Tam bohaterka chce się dowiedzieć czegoś więcej o egzorcyzmach. Jej zainteresowanie ma bardzo osobiste podstawy, otóż wiele lat wcześniej jej matka zabiła trzy osoby, kiedy była egzorcyzmowana. Teraz przebywa w rzymskiej klinice, gdzie ukrywana jest przed światem.

To, co zarejestrowała kamera, miało zapewnić widzom skok adrenaliny. W rzeczywistości jest raczej testem siły woli. Potrzeba bowiem sporo samozaparcia, by w trakcie seansu nie zamknąć oczu i nie zasnąć snem sprawiedliwego. Aktorzy krygują się do kamery, nieudolnie imitując zachowanie zwyczajnych ludzi wypowiadających się w dokumentach. Ta sztuczność odbiera całą przyjemność z oglądania filmu. Tworzy bowiem barierę uniemożliwiającą zawieszenie niewiary i pogrążenie się w fabule. Co więcej scenariusz oferuje wyłącznie tanie klisze, zero napięcia i zaskoczeń. Dobre sceny można policzyć na placach jednej ręki.

Problematyczna jest zresztą sama formuła found footage, z którą twórcy, mam wrażenie, sobie nie poradzili. Raz można sądzić, że podstawą były dla nich filmy dokumentalne, a raz, że programy reality show. Chwilami wiarygodność wybranej formuły odrzucają na rzecz bardziej efekciarskich ujęć, przez co widzimy na ekranie obrazy, których żaden szanujący się dokumentalisty nigdy by nie pokazał. Ten miszmasz nie pomaga, sprawia raczej wrażenie bałaganu i obnaża brak twórczej wizji.

Jedynym usprawiedliwieniem jest niewielki budżet. Film wygląda na droższy niż w rzeczywistości. Ponieważ jednak w ostatnim czasie powstało sporo podobnych produkcji, trudno o podziw. Found footage jest już niezależną gałęzią produkcji filmowej i "Demony" zamiast być czymś nadzwyczajnym, są jedynie płotką w stawie pełnym większych ryb.


0 comments, Reply to this entry

The Pianist review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:56 (A review of The Pianist)

Kiedy Roman Polański bierze się za zrobienie filmu, to na pewno musi z tego wyjść coś naprawdę mocnego. Tak też jest w przypadku "Pianisty". Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym filmie, pomyślałem, że jest to kolejny obraz tragedii wojennych, holocaustu, trochę oklepany temat, ale ze względu na twórców pewnie warto wybrać się do kina.

Po obejrzeniu jedno wiem na pewno − może i temat jest oklepany, ale trio: Polański, Edelman i Kilar, dodając do tego znakomitych aktorów zarówno polskich (Pieczyński, Zieliński, Małaszyński, Ostaszewska), jak i zagranicznych (Brody, Kretschmann, Lipman), stworzyli kolejny film, który wszedł do klasyki kina i jest obowiązkowy do obejrzenia dla każdego dorosłego widza, niezależnie od preferencji filmowych.

Jest to pokrótce historia genialnego artysty-pianisty żydowskiego pochodzenia, mieszkającego w Warszawie, którego dorosły okres życia i twórczości przypadł na okres II wojny światowej. Zderzenie delikatnej duszy artysty, w wykonaniu Adriena Brody'ego, z brutalną rzeczywistością okupowanej Warszawy. Czy tak znakomity talent ma szansę przetrwać piekło wojennej zawieruchy? Jakie piętno wojna wyciska na umyśle tak delikatnym?

W filmie od samego początku zaskakuje dbałość o szczegóły w przedstawianiu wszelkich realiów z okresu okupacji. Realizm scen i postaci jest naprawdę uderzająco perfekcyjny, wręcz namacalny. Kostiumy i charakteryzacja są dopracowane tak doskonale, że widz oglądając film, niekiedy nawet tego nie zauważa, pozwala pochłonąć się głównej akcji filmu do samego zakończenia.


Opowieść o tym, w jaki sposób wojna wpływa na zachowanie i charakter człowieka-artysty stykającego się na co dzień z brutalnością i przemocą, zmuszonego do ciężkiej i wyniszczającej pracy fizycznej, chwyta każdego widza za serce, doprowadzając do łez i śmiechu na przemian. Obraz skrajnych zachowań ludzkich w czasie okupacji, niekiedy wyzucia z wszelkich uczuć ludzkich, zasad współżycia, jest naprawdę wstrząsający. Mimo wszystko, wyłania się także obraz współczucia i heroicznej pomocy najbardziej potrzebującym, czyli Żydom skazanym na celowe i przemyślane wyniszczenie, oraz ratowania ich życia kosztem własnego istnienia.

Twórcy filmu doskonale zadbali również o prawdę historyczną, bez przesadnego patosu i wyolbrzymiania. Jest ona jakby wtopiona w główną akcję filmu i stanowi dla niego doskonałe tło. Niewątpliwym atutem jest wspaniała muzyka, stanowiąca zarówno jeszcze jedno tło dla filmu jak i element pierwszoplanowy, szczególnie w końcowych fragmentach filmu. To właśnie muzyka sprawia, że nawet najwięksi twardziele ukradkiem obcierają łzy wzruszenia w czasie oglądania filmu i powiem szczerze, wcale się z tym nie kryli.

Odniosłem też wrażenie, że film był poniekąd sprawdzianem dla plejady polskich aktorów, którzy potwierdzili w całej rozciągłości swoją wysoką klasę. To również jest ich zasługa, że film jest niejako bardziej "nasz, swojski" i tym chętniej się go ogląda.

Obraz filmu może czasem do złudzenia przypominać "Listę Schindlera" w swoim dramatyzmie, przedstawianiu postaci i sytuacji. Według mnie jest jedna istotna różnica: w "Liście Schindlera" bohater jest wieloosobowy, tu z kolei jest skupienie na jednostce i otrzymanie spotęgowanego dramatu ludzkiego.

Osobiście nie znam osoby, której film nie podobał się. Może to dziwne, ale w tego rodzaju produkcjach tak bywa, że po seansie wszyscy wychodzą w milczeniu, a dyskusje rozpoczynają się dopiero po pewnym czasie. Myślę, że dowodzi to głębokiego przeżycia, do którego zmusza także ten obraz, co jest niewątpliwym atutem. Jestem też przekonany, że między innymi taki był właśnie zamysł twórców "Pianisty".


0 comments, Reply to this entry

Love Me If You Dare review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:55 (A review of Love Me If You Dare)

Grasz czy nie grasz? Grasz? To przeklinaj przy nauczycielce. Nasiusiaj na dywanik u dyrektora. Daj się żywcem zamurować w bloku betonu. Dla Juliena i Sophie nie ma poleceń niewykonalnych. Grają ze sobą od dzieciństwa. Kto aktualnie posiada puszkę z karuzelą, może zażądać, czego chce. Od samego początku gra stanowi ucieczkę od rzeczywistości, czyli śmiertelnej choroby matki, biedy, uprzedzeń. Julien od małego wierzy, że może zaczarować świat. Że słowa lekarzy nic nie znaczą, a jeśli będzie skakał przez 2 godziny na jednej nodze, to mama wyzdrowieje.

Reżyser filmu, Yann Samuell, grafik i ilustrator komiksów też czaruje. Zimny świat został przepuszczony przez żółty, ciepły filtr. Pojawiają się bajkowe postacie, obłoki, w których można dosłownie bujać. A gdy spadniesz na ziemię, będziesz ciągle próbował latać. Zaklinanie jest jak alkohol, narkotyk. Można mieć długie okres abstynencji, ale uzależnionym jest się do końca życia.

"Miłość na żądanie" to film w gruncie rzeczy dość banalny i wtórny. Nieprzypadkowo porównywany jest do "Amelii" - od niej czerpie najwięcej. Od charakterystycznego filtru, postawy bohaterów wobec rzeczywistości, aż po fizyczne podobieństwo aktorki Marion Cotillard. Jednak o ile "Amelia" była od początku do końca bajkowa, o tyle w "Miłości…" pojawia się surowy realizm. Ale bardzo płytko, przez co film traci spójność. Nie wiadomo, czy oglądać go na serio czy z przymrużeniem oka.

Przed seansem dowiedziałam się, że drugi filmem, do którego jest podobna "Miłość na żądanie" to "Trainspotting". Tylko po co komu kopia, skoro może obejrzeć oryginał? Dziękuję, nie gram


0 comments, Reply to this entry

Paris, I Love You review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:54 (A review of Paris, I Love You)

W dwie godziny 18 ekip filmowych oprowadza o 18 różnych dzielnicach Paryża. I jak to na ogół bywa w przypadku wycieczek z przewodnikiem, są momenty, które zachwycają oraz takie, które najchętniej byśmy przespali. Jednak największym mankamentem filmu jest brak myśli przewodniej, która by spajała poszczególne nowelki. Hasło, a jednocześnie tytuł zbioru: "Zakochany Paryż" (a dosłownie: Kocham cię, Paryżu) jest tu tylko luźnym kluczem.

Niektóre filmiki, jak na przykład Gusa Van Santa ("4th arrondissement") czy Toma Tykwera ("10th arrondissement") mniej dotyczą Paryża, są przede wszystkim stylistyczną i fabularną powtórką z rozrywki. Reżyserzy sięgają po ulubionych aktorów lub ulubione tematy. Inne jak choćby opowieść o salonie fryzjerskim Christophera Doyla ("Porte de Choiny") lub historia miłości wampirów Vincenzo Natali ("Quartier de la Madleine"), choć oryginalne pasują do zbioru jak kwiat do kożucha.

Zdecydowanie najciekawsze segmenty, to te dotyczące Paryża lub miłości. Jak ironiczna historyjka Wesa Cravena ("Pere Lachaise"), który podgląda narzeczonych spacerujących przy grobie Oskara Wilde'a. Lub prześmiewczej braci Coen ("Tuilleries"), drwiących z konsumpcyjnego podejścia do zwiedzania miasta. Najlepiej wyraża to scena, w której nieśmiały Amerykanin (oczywiście Steve Buscemi) jest obrzucony pamiątkami, które zakupił przed chwilą w Luwrze. Podobnie jak bohaterka nowelki Alexandra Payne'a ("14th arrondissement"), listonoszka, która samotnie przyjechała zachwycać się Paryżem. Jednak mit miasta miłości, jakim żyła nie spełnij jej oczekiwań. Siedzi sama na ławce i z charakterystycznym amerykańskim akcentem opowiada o tym, co zobaczyła podczas zwiedzania miasta. Z kolei pięknym filmem o miłości jest wyreżyserowana przez Fredericka Aubertina i Gerarda Depardieu ("Quartier Latin") z Geną Rowlands w roli głównej. Obserwujemy rozmowę rozwodzącego się po latach małżeństwa, między którym uczucie wciąż jest obecne.

Świetna jest również nowelka Waltera Sallesa ("Loin de 16e") o młodej matce, zostawiającej co rano na dalekich przedmieściach małe dziecko, by piastować potomka bogaczy. To pokazuje drugie oblicze - nie tylko Paryża, ale i wielkich metropolii w ogóle - gdzie niesłychany przepych sąsiaduje z ubóstwem. Podobnie jak nowelka Gurinder Chadha ("quasi de Seine") opowiadającego o smutnym życiu emigrantów, których nieraz czeka tylko marny koniec na paryskich trotuarach. Z kolei o niełatwej integracji kultur w wielkim mieście mówi Oliver Schmitz ("Place des Fetes"), zbliżając do siebie młodą Muzułmankę i francuskiego nastolatka.

Po obejrzeniu filmu nasuwa się refleksja, że Paryż to piękne miasto, ale jeszcze piękniejsze, ale i złudne są nasze wyobrażenia o nim. Jako mieście miłości, wielkich nadziei i szansy na nowe życie. Szkoda trochę, że tak niewielu twórcom udało się pokazać coś, co burzy idealny obraz stolicy Francji.


0 comments, Reply to this entry

Priceless review

Posted : 4 years, 11 months ago on 5 July 2012 07:53 (A review of Priceless)

Główna bohaterka najnowszego filmu Salvadoriego ma w sobie coś z Holly Golightly, którą dobrze pamiętamy ze "Śniadania u Tiffany’ego". Podobnie jak ona, Irene trudni się zabawianiem bogatych, często starszych mężczyzn. Cel jest jeden, wyjść za (niekoniecznie przystojnego) księcia z bajki, który zapewni jej dostatnie życie. Pewnego dnia poznaje skromnego barmana, Jeana, którego przez pomyłkę bierze za milionera, jednego z gości hotelu, w którym się spotkali. Od razu wpadają sobie w oko. Problem w tym, że on nie wie, że ona robi to dla pieniędzy, a ona, że on ich tak naprawdę nie ma. Więc gdy tylko wszystko wychodzi na jaw - rozstają się. Los jednak znowu przetnie ich drogi. Tym razem jednak Jean także zajmuje się uwodzeniem bogatych starszych osób.

Scenariusz "Miłość. Nie przeszkadzać!" reżyser Pierre Salvadori napisał specjalnie z myślą o dwóch młodych gwiazdach francuskiego kina. Gad Elmaleh i Audrey Tautou mają w swoim rodzinnym kraju status najpopularniejszych, najbardziej pożądanych i najbardziej utalentowanych. Zrobienie z nich pary w komedii romantycznej, to dla ich rodaków to samo, co dla Amerykanów wspólne zdjęcie Brada Pitta i Angeliny Jolie. Czyli sukces murowany... No niezupełnie. Dla Tautou, która po gigantycznym sukcesie "Amelii" została zaszufladkowana do ról niewinnych i bezbronnych dziewcząt, ten film miał być sposobem na zerwanie ze swoim emploi. Jak jednak pokazuje seans, mimo niezaprzeczalnego talentu, nie jest to aktorka której dana będzie godna pozazdroszczenia różnorodność w filmografii. Obraz Salvadoriego to największa skucha castingowa ostatnich lat. I to nie jedyne przekleństwo tej komedii.

Problemem jest poczucie humoru, a raczej jego brak. Wszystkie gagi sprowadzają się do głupawych dialogów bez polotu i niemal niezauważalnego dowcipu sytuacyjnego. Nawet gdy przez chwilę jest śmiesznie, zaraz później twórcy serwują nam sceny absurdalnie nie na miejscu. Momenty gdy bohaterowie się spotykają trącą sztucznością i brakiem ikry. Oboje znają się na swojej robocie, ale nic nie poradzą, gdy Amelia Poulain uwodzicielskim spojrzeniem podrywa faceta, bierze go do pokoju hotelowego, podwija kieckę, rzuca go na łóżko, a potem ze swoimi wielkimi pięknymi oczkami i drobnym ciałkiem siada na nim okrakiem. Absurd! A reżyser chce byśmy się wtedy śmiali, albo gdy oboje całując się przemieszczają się po apartamencie, tak by nie przyuważyła ich przypadkiem jego właścicielka. Mamy chichrać się z popisywania się Jeana nowym zegarkiem i spacerów z psem. Niedoczekanie.

Obserwując te wszystkie gagi, można odnieść wrażenie, że Salvadoriemu zachciało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i razem ze schematami komedii romantycznej przenieść do kin satyrę na życie bogaczy i ich pięknych, młodych towarzyszy. Z tego wszystkiego jedyne, co mu się udaje, to całkiem ładne zdjęcia hotelowych korytarzy, pokoi i restauracji z barem skąpanej w przyćmionym świetle. Ładnie wygląda też Tautou w stroju kąpielowym i skąpych wieczornych sukniach, a Elmaleh intrygująco przechodzi przemianę z zapracowanego barmana w stosownie eleganckiego towarzysza dla bogatszych pań. Ale to wszystko. Żadnego zgryźliwego komentarza, żadnego prześmiewczego sarkazmu. Grzeczna komedyjka z sympatycznymi postaciami i chwytliwą muzyką. Podążając taką drogą, Audrey Tautou raczej nie wylezie za szybko ze swojej szufladki. Może lepiej w niej zostać i cieszyć się jej przywilejami?


0 comments, Reply to this entry



Insert image

drop image here
(or click)
or enter URL:
 link image?  square?

Insert video

Format block